Witamy visitor możesz log in or create an account

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” pisała polska noblistka, Wisława Szymborska. Mój najtrudniejszy sprawdzian z życia rozpoczął się w listopadzie 2012 roku.  Po źle wykonanym masażu, stopniowo przestawałam ruszać rękami. Kilka dni później musiałam pojechać na pogotowie, ponieważ ból był nie do wytrzymania.

Zrobiono mi zdjęcia rentgenowskie, dano tabletki przeciwbólowe i odesłano do ortopedy. Ortopeda patrzył na mnie z niedowierzaniem, bo wydawało się niemożliwym, że można przestać ruszać rekami po zwykłym masażu. Zostałam odesłana do domu z zaleceniem aby „więcej ćwiczyć, bo jakaś jestem drobniutka i słabiutka”. Po tygodniu mój stan był tak zły, że trafiłam do szpitala z diagnozą zapalenia splotu barkowego prawej ręki. Od razu na dzień dobry dostałam sterydy, stopniowo robiono mi różne badania, po niecałych dwóch tygodniach wypisano mnie do domu. Dostałam zalecenia co do ćwiczeń oraz recepty na sterydy. Czas mijał, a ja dalej nie byłam w stanie ruszyć prawą ręką, co gorsza lewa ręka również zaczęła odmawiać posłuszeństwa. Ćwiczenia sprawiały mi ogromny ból, właściwie ja sama nie ruszałam rękami wcale tylko fizjoterapeuta wykonywał za mnie ćwiczenia.

Widząc, że coś jest nie tak, rozpoczęliśmy z cała rodziną poszukiwania prywatnych lekarzy, którzy zdiagnozują mój przypadek. Odwiedzaliśmy kolejno ortopedów, reumatologów, neurologów i fizjoterapeutów. Wszyscy robili kosztowne badania, wykluczali po kolei przeróżne choroby typu kolagenoza czy stwardnienie rozsiane, zmieniali mi lekarstwa i byli przekonani, że wkrótce wyzdrowieję. Ostatecznie dawki sterydów były tak duże, że puchłam w oczach, trądzik wystąpił nie tylko na twarzy, ale i na plechach i dekolcie, przestałam spać w nocy, pociłam się i czułam się coraz gorzej. Tak minęły dwa miesiące, a mój stan dalej się pogarszał. Przez cały ten czas wymagałam karmienia, mycia i ubierania. Nie wiem jak dałabym sobie radę bez wsparcia najbliższej rodziny, która oprócz codziennej wykańczającej pomocy musiała jeszcze zabierać mnie do różnych specjalistów bądź sprowadzać specjalistów do domu.

Stopniowo słabłam coraz bardziej. Po trzech miesiącach od wypadku przestałam normalnie chodzić. Stawiałam chwiejne kroki, a każdy ruch sprawiał mi ogromny ból. W lutym odwiedziłam kolejnego ortopedę. Spojrzał na mnie, zrobił USG i  powiedział, że nigdy już nie odzyskam sprawności w prawej dłoni, a na zrehabilitowanie prawego ramienia potrzebuję półtora roku. Dodatkowo wyśmiał moją teorię, że to pewnie po masażu sugerując, że byle pociągnięcie za palec nie powoduje takiego stanu. Ani się obejrzałam jak zostałam posądzona o chorobę psychiczną. Przecież według lekarzy ręce miałam zdrowe, a nie ruszałam nimi tylko z własnej przekory. Razem z cała rodziną pogrążyliśmy się w rozpaczy… trzeba było się mną zajmować praktycznie dwadzieścia cztery godziny na dobę, ponieważ nawet w nocy budziłam się około pięciu razy zlana potem i głodna po sterydach. Dostawałam coraz więcej lekarstw, a mój rozregulowany organizm był coraz mocniej eksploatowany i wykańczany.  

Wtedy przypomniało mi się pewne zdarzenie ze szpitala. Pacjentka z sąsiedniego łóżka, mieszkanka Żor, z którą spędziłam wiele godzin na rozmowach o wszystkim i o niczym, jak to w szpitalu, wspomniała mi o swojej nietypowej wizycie u kobiety, która dokładnie opisała jej życie i poradziła, co zrobić w danej sytuacji. Każdy ma własne wyobrażenie na temat pracy ezoterycznej. Nie rzadko jest to obraz nacechowany pejoratywnie. Nie jest żadną tajemnicą, że zdecydowana większość naszej polskiej społeczności to katolicy, wychowywani w przekonaniu, że pewnymi sprawami nie wolno się zajmować. Nie ma co ukrywać, że i ja nieraz słyszałam z ambony oburzone głosy na temat tarota, wróżenia, grzebania w przyszłości i tym podobnych rzeczy. Czułam więc zrozumiały opór przed skorzystaniem z numeru telefonu do wróżki, który otrzymałam od mojej towarzyszki szpitalnej niedoli. Co jednak miała zrobić dziewczyna, którą wszyscy po kolei skazywali na wózek inwalidzki lub odsyłali do psychiatry? Przecież modliłam się codziennie do Boga o pomoc, razem z mężem modliliśmy się do Najświętszej Panienki, ba, nawet były za mnie odprawiane msze w kościele. Skąd więc w mojej głowie pojawiło się przekonanie, że muszę się skontaktować z „tą kobietą”? Nie wiem. Wiem tylko, że w akcie desperacji, zadzwoniłyśmy do niej z moją mamą. Barbara Macidłowska, tak się nazywała, zgodziła się przyjąć nas na wizytę w nieodległym terminie. Moja mama pojechała do niej sama, ja już wtedy nie byłam w stanie ruszyć się z łóżka. Całe dnie spędzałam leżąc, gapiąc się w sufit, modląc się i płacząc na przemian. Przyznaję, że był to punkt, w którym straciłam już nadzieję na pełne wyzdrowienie, czekałam tylko, aby poczuć się chociaż na tyle lepiej, aby móc pojechać do kolejnego specjalisty i zrobić kolejne nic niedające badania. Rozmyślałam już nawet o przemeblowaniu domu tak aby łatwiej mi się było poruszać na wózku. Pamiętam, że strasznie żałowałam wtedy, że nie mamy jeszcze z mężem dzieci. Co prawda miałam dopiero 26 lat, ale czułam że moje dotychczasowe życie się skończyło… teraz wiem, w jak wielkim byłam błędzie.

„Ona potrzebuje nastawienia”. „Trzeba ją zabrać do kręgarza i nastawić”. „Jej ręce są nie na swoich miejscach”. Moja mama chyba nigdy nie zapomni tych słów, które usłyszała od Basi Macidłowskiej tego pamiętnego sobotniego przedpołudnia. „Dziewczyna będzie zdrowa, zajmie to dużo czasu, ale własnym dzieckiem będzie się potrafiła zająć sama, własnymi rękami”. Dodała, że będzie mi wysyłać energię na wyleczenie i że ja sama mam myśleć o zdrowiu, nie o chorobie. Mama wróciła do domu jak na skrzydłach, od razu umówiłyśmy się do kręgarza. Nigdy nie zapomnę miny kręgarki, która znała mnie jeszcze przed tym nieszczęsnym masażem. Gdy dowlokłam się jakoś do jej gabinetu, po dokładnym zbadaniu mojego stanu, powiedziała, że jeszcze dwa miesiące i  naprawdę zostałabym kaleką. Lewą rękę nastawiła mi od razu, wytrzymałam ten ból, nie miałam wyjścia. Prawa ręka w tym czasie zarosła już dziwnymi, czarnymi włosami i pokryła się wypryskami, nie dało się jej od razu nastawić, bo zdążyła już „przyrosnąć” nie na swoim miejscu. Przez kilka tygodni stopniowo próbowaliśmy rozluźnić prawą rękę żeby można było ją nastawić. W między czasie lewa ręka znowu przestała pracować. Okazało się, że nieostrożnie nią ruszyłam i na nowo „wypadła”. Znowu nastawianie, znowu czekanie aż się zrośnie, znowu niepewność.

Tak minął luty i marzec. Po kilku kolejnych tygodniach takiej terapii nastąpił przełom. Powoli odzyskiwałam sprawność w rękach. Znalazłam też neurologa, który pomógł mi zejść z ogromnej ilości lekarstw i kontrolował moje postępy. Pamiętam pierwsze ruchy rękami. Nie potrafiłam jeszcze dosięgnąć do własnych ust, ale obiecałam sobie, że jak tylko wyćwiczę ręce tak bardzo, że dotknę własnego czoła, od razu się przeżegnam. Głęboko wierzyłam, i dalej wierzę, że wyprosiłam sobie pomoc u Boga, i że nikt kto potrafi uratować człowieka dzięki swoim darom nie może być zły. Obiecałam wtedy Bogu, że jeśli odda mi moją prawą rękę, to wykorzystam ją zgodnie z jego wolą. Nie wspominałam o tym wcześniej, ale Basia przekazała mi także, że ja sama mam pomagać ludziom, że mam rozwijać moje naturalne zdolności w tym kierunku. Wtedy jednak, musiałam się skupić na pomocy samej sobie. Czułam się tak, jakbym dostawała codziennie nowy zastrzyk pozytywnej energii. Każdego poranka brałam tabletki przeciwbólowe i uczyłam się na nowo chodzić i ruszać rękami. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy jak wielkim wysiłkiem jest zjedzenie obiadu o własnych siłach. Kto by pomyślał, że podniesienie łyżeczki do ust do taki skomplikowany wyczyn. Moi rodzice chwalili się znajomym, że ich córka, w wieku prawie 27 lat, potrafi  już sama jeść, sama się ubierać, a nawet zaczyna pisać! Tak, musiałam się nauczyć pisać na nowo. To bardzo bolesne dla kogoś z wyższym wykształceniem, kto większość życia spędził z piórem w ręku. Muszę przyznać, że podczas tej choroby, bardzo spokorniałam. Zdałam sobie sprawę, że nie zawsze my sami decydujemy o sobie i że nierzadko jesteśmy tylko częścią planu większego i potężniejszego od nas. Owszem, wiedziałam, że nieszczęśliwe wypadki się zdarzają, ale nie wiedzieć czemu, byłam przekonana, że mnie nic takiego nie może spotkać. Co więcej, wierzyłam w fachową, medyczną pomoc lekarzy. Jakże się zawiodłam. Nagle okazało się, że wartości, które ceniłam najbardziej, takie jak rozum i nauka, nie były w stanie mi pomóc. Czy tego chciałam czy nie, rozpoczął się nowy etap w moim życiu.

Postanowiłam spotkać się z kobietą, która wyciągnęła mnie z kilkumiesięcznego koszmaru. Spodziewałam się kryształowej kuli, zapachu stęchlizny i obłąkanego wzroku. No dobrze, może trochę przesadzam, ale przyznam szczerze, że byłam troszeczkę przerażona pierwszym spotkaniem z jasnowidzem. Jakież było moje zdziwienie kiedy drzwi otworzyła mi drobna, schludna kobieta w zwyczajnym, codziennym ubraniu. Postawiła mi karty, dokładnie opowiedziała mi o mojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Mówiła bardzo rzeczowo, bez owijania w bawełnę, ale też na tyle łagodnie i z sercem, że nie uciekłam gdzie pieprz rośnie. Zaczęłam rozmyślać o swoim życiu, analizować pewne sytuacje i zjawiska. Miałam mnóstwo pytań, spotkałam się z dużą dozą cierpliwości i zrozumienia. Poczułam, że mogę jej zaufać i podzielić się moimi obawami i problemami. Zapytałam dlaczego jestem ciągle zmęczona? Skąd ten brak sił? I tak właśnie dowiedziałam się o Uniwersalnej Energii Życiowej. Basia opowiedziała mi o Reiki, o dobroczynnych skutkach uzdrawiania za pomocą przesyłania energii rękami. Chyba najbardziej zdziwiłam samą siebie kiedy od razu zapytałam czy mogę się tego nauczyć? Basia zaproponowała mi zrobienie pierwszego stopnia Reki, jednak bez przesadnego namawiania czy wyliczania nieskończonych zalet tej metody. Najpierw musiałam przeczytać odpowiednie książki i być przekonaną, że chcę pójść tą drogą. Chciałam, bardzo chciałam, ale jednak wciąż gdzieś z tyłu głowy słyszałam głosik mówiący „daruj sobie”, „odpuść”, „to jakieś zabobony”. Przez długi czas biłam się z myślami, czytałam książkę Jacka Skarbka „Reiki. Klucz do serca” i na przemian ekscytowałam się i popadałam w zwątpienie. Pamiętam, pomyślałam sobie wtedy, że moje życie i tak nie układa się tak jak to sobie skrupulatnie i dość idealistycznie zaplanowałam. Nie mogłam znaleźć pracy jako nauczyciel, o czym zawsze marzyłam. Czułam się wyobcowana, zmęczona każdym spotkaniem z ludźmi, wyzuta z energii i marzeń. Postanowiłam spróbować, w końcu obiecałam komuś tam na górze, że moje wyleczenie nie pójdzie na marne. Nie mogłam jednak rozpocząć inicjacji pierwszego stopnia bez zapytania Basi o sprawy duchowe. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że Basia jest głęboko wierzącą osobą! Tak jak ja, wierzy w Boga i w anioły, tak jak ja chodzi do kościoła i tak jak ja chce tylko w życiu robić to, do czego została stworzona. Rozpoczęłyśmy inicjację. Poczułam ciepło i mrowienie w rękach. Otworzyłam się na działanie uzdrawiającej uniwersalnej energii życiowej. Początkowo niezdarnie przykładałam ręce do ciała, gubiłam się podczas zapisywania notatek, miałam wiele wątpliwości, czy robię wszystko prawidłowo. Jestem jednak w miarę sumienną osobą i postanowiłam nie odpuszczać tak łatwo. W końcu nie po to przeszłam tak długą drogę, żeby teraz się poddać przy pierwszej trudności. Basia zachęcała mnie abym systematycznie i bez lęku pracowała z energią dla siebie. Pierwsze efekty pojawiły się już po kilku tygodniach. Na spotkaniach zawodowych i towarzyskich nie siedziałam już w kącie ze skwaszoną miną. Nie wracałam do domu ekstremalnie zmęczona po tym jak tak zwane wampiry energetyczne wyssały ze mnie całe siły witalne. Moja energia była systematycznie odnawiana i uzupełniana. Stałam się weselsza, miałam większą ochotę do pracy, ale też mogłam wreszcie wykorzystać moje wrodzone pokłady empatii i zrozumienia dla ludzi. Zawsze dobrze mi się pracowało z dziećmi, ale teraz czułam się spokojniejsza i miałam dla nich więcej cierpliwości.

Kontynuacja kursu wydała mi się czymś oczywistym. Podczas kolejnych spotkań dowiadywałam się coraz więcej o tej metodzie, ale też o samej Basi. Zrozumiałam, że nie jest to osoba zadufana w sobie. Nigdy nie usłyszałam z jej ust stwierdzenia, że teraz, kiedy znam już tajniki alternatywnych metod leczenia, mam zrezygnować z usług medycyny akademickiej. Wręcz przeciwnie, mam dbać o swoje zdrowie i podchodzić do niego zdroworozsądkowo, korzystając z dobrodziejstw obu dziedzin leczenia. Dodatkowo, za namową Basi, rozszerzyłam swoją biblioteczkę o książki amerykańskiej psycholog, Doreen Virtue, autorki książek o tematyce ezoterycznej. Czytałam o dzieciach indygo, o medycynie anielskiej, a także o naszym nieprzypadkowym przychodzeniu na Ziemię w określonym czasie i miejscu. Dzięki czemu wiele rzeczy zaczęło mi się układać w logiczną całość. W końcu to Basia powiedziała mi, że jestem właśnie takim dzieckiem. Pod jej czujnym okiem uczyłam się odpowiednich modlitw, rytuałów i symboli, aby móc pomagać sobie i innym. Swoje umiejętności wykorzystywałam wspierając najbliższych członków rodziny. Wiele naszych rodzinnych spraw wyjaśniło się podczas tego procesu. Myślę, że rozwinęliśmy wspólnie nasze relacje i pogłębiliśmy nasze stosunki. Ani się obejrzałam, jak minęły prawie dwa lata, a ja dalej stosuję przekazane mi nauki i rozwijam swoje umiejętności.         

Ostatnio pokusiłam się o rozszerzenie drugiego stopnia kursu. Nie żałuję. Jak zwykle dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy, nie tylko o technikach pracy z energią, ale też o sobie. Tak to już jest podczas pracy z Basią, człowiek dowiaduje się wiele o sobie samym i o swoich możliwościach. Może to dziwne, ale wreszcie czuję, że jest świat do którego pasuję idealnie, nie muszę się zmieniać ani udawać kogoś, kim nie jestem. Mogę być sobą z moimi zaletami i wadami. Powoli staję na własnych nogach, mocno zakorzenionych w ziemi. Znalazłam wiele nowych pasji, pracuję w kilku różnych zawodach, czuję, że nie mam czasu do stracenia. Jednocześnie rozszerza się krąg osób, którym pomagam za pomocą moich nieoczekiwanych zdolności. Czuję się potrzebna. Zdałam sobie sprawę, że nigdy właściwie nie podziękowałam Basi za uratowanie mnie od kalectwa, ale może właśnie o to chodzi, bo Basia nie jest osobą, która czeka na przesadną wdzięczność i podlizywanie się. Cechuje ją za to szczerość, otwartość i prawdziwa potrzeba niesienia pomocy, zarówno ludziom jak i zwierzętom. Nie czeka na komplementy i uznanie, wciąż patrzy w przyszłość, ma jeszcze przecież tyle rzeczy do zrobienia.

Tylko i wyłącznie zalogowani użytkownicy strony mogą dodawać komentarze!