Witamy visitor możesz log in or create an account

Pamiętam jak w czasach studenckich kolega wparował do mojego pokoju z wyciągniętą ręką, trzymając białą tackę i częstując suszonymi daktylami przyniesionymi z jakiegoś wypasionego sklepu. Daktyle? A co to za wymysł? – zdążyłam się zdziwić zanim wzięłam do ust pierwszy, lepki jak miód, owoc. Podobno miały smakować jak toffi, być mega zdrowe i wprowadzić mnie na moment do lepszego, ekskluzywnego świata drogich towarów zza granicy. 

Rozczarowały mnie. Koło toffi to nawet nie leżało, słodkie – owszem, ale też suche i z pestką w środku. Poprzestałam na pierwszym.

Dopiero teraz, prawie 7 lat później, wróciłam do daktyli, których pełno już w każdym, nawet najmniejszym osiedlowym sklepiku. Przestały być zbitą masą o smaku kartonu w cukrze i dały się pokochać jako częsty zamiennik, lub baza moich wypieków i słodyczy. Taaak… zdecydowanie lubię daktyle.

Dobrze zgrywają się z czekoladą, prażonymi orzechami i karmelem, co postaram się za chwilkę udowodnić. Lecimy z ciachem!

Na średniej wielkości blaszkę prostokątną potrzebne będą:

- 200g daktyli bez pestek

- pół szklanki orzechów włoskich

- czekolada i łyżka masła do rozpuszczenia w kąpieli wodnej

- łyżka lub dwie masła orzechowego

- 250g masy kajmakowej

- 6 białek

- 4 łyżki cukru pudru

- szczypta soli

- 180g mąki pszennej tortowej

- 3/4 kostki margaryny

- 3 żółtka

- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

- 80g cukru pudru

Wszystkie składniki muszą być w temperaturze pokojowej – spód ciasta będzie półkruchy, zimno nam więc nie będzie potrzebne. Do miski przesiewamy mąkę ze szczyptą soli, proszkiem i cukrem pudrem. Dodajemy margarynę i żółtka, łapiemy raźno za mikser z hakami i jaaazda – ucieramy spód ciasta.  Gotowe wykładamy na wyłożoną papierem do pieczenia blaszkę i podpiekamy w 180 stopniach jakieś 15 minut.

A teraz ta słodsza część. Daktyle i podprażone wcześniej orzechy kroimy drobno, przekładamy do miseczki i mieszamy razem z kajmakiem. W kolejnej misce ubijamy na sztywno pianę z białek i cukru. Dodajcie szczyptę soli – będzie trzymała fason jeszcze mocniej.  2 kopiaste łyżki piany białkowej łączymy z masą kajmakową i wykładamy całość na podpieczony, gorący spód ciasta. Do reszty białek dodajemy masło orzechowe – nie żałujcie sobie, łyżka dla Was, łyżka do pianki. Masło orzechowe to masa witamin przecież! Sami zdecydujcie, czy jedna będzie wystarczająco intensywnie smakować, czy chcecie dołożyć drugą. Zmiksujcie białka ponownie i wyłóżcie na wierzch ciasta, które ponownie musi zawędrować do nagrzanego wcześniej piekarnika. Ważna sprawa! Piekarnik trzyma jeszcze gorące 180 stopni, ale obniżcie temperaturę do 100 – powoli ostygnie podpiekając i podsuszając orzechową bezę na górze. Trwa to jakieś 35-40 minut. Warto też zerknąć na ciasto od czasu do czasu. Wiadomo – wypadki się zdarzają.

Na sam koniec tych intensywnych działań cukierniczych zostawiamy sobie dekorowanie ciasta czekoladą – rozpuśćcie ją w kąpieli wodnej razem z łyżką masła i polejcie górę ciasta daktylowego.

Zanim zatopicie ostrze noża w świeżym wypieku odczekajcie chociaż aż ostygnie, inaczej może się pokruszyć, stać mało reprezentacyjne i trzeba będzie zjeść całą blachę w samotności. A lato tuż, tuż…

Tylko i wyłącznie zalogowani użytkownicy strony mogą dodawać komentarze!